Archive for the ‘ Opowiadania RPGowe ’ Category

2.

Helena zaprowadziła mnie do piwnicy, tej samej w której pojawiłam się po teleporcie. Wkrótce potem pojawiła się tam para damsko-męska. Z początku stałam w oddaleniu, tak by nie przeszkadzać Helenie w rozmowie. Łysawy mężczyzna, który najwyraźniej dokonał teleportacji i szatynka, nowy narybek sądząc po rzucanych przez nią niepewnych spojrzeniach. Wyglądała jakby właśnie wyszła z pogrzebu – ubrana była w komplet czarny żakiet ze spódnicą i białą bluzkę spod której wystawała aksamitka. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała na rebeliantkę. Czyli pewnie wpadła w jakieś kłopoty. Jakie – to mnie nie interesowało. Byleby trzymała je z dala ode mnie.

Helena zaproponowała jej i mi (powtórnie) zwiedzanie miasta. Najpierw poszliśmy na balkon, by nasycić swe oczy widokiem miasta z góry. Tego widoku – miasta wydrążonego w skale – nie da się opisać, to trzeba zobaczyć. Tym razem gdy Helena opowiadała o mieście okazało się, że w mieście żyje kilka tysięcy osób a nie sto. Sto tysięcy to maksymalna ilość mieszkańców.

Nawet tu, podczas podziwiania miasta, Helena próbowała mnie zrekrutować. To nie była rozmowa, której powinni się przysłuchiwać inni. Dlatego ta nowa z łysym zeszli do piwnicy, tym bardziej że pojawiła się tam jakaś inna parka.
– Potrzebujemy cię i twoich umiejętności. – spojrzałam na nią pytająco gdy to powiedziała. – Hakerskich, obsługi dawnego sprzętu. Większość takich specjalistów albo wyjechała za granicę albo pracuje dla rządu.
Tyle, że ja nie jestem hakerką a administratorem sieci, jeśli już.
– Chyba mnie z kimś pomyliłaś. – uśmiechnęłam się słodko. – Jestem modelką nie hakerką.
– Obie wiemy, że to nieprawda. Sprawdziłyśmy cię. Nie wiesz co się działo przez ostatnie dwa lata, zupełnie jakbyś zniknęła na ten czas, szukasz znajomych zamieszanych w tamte wydarzenia, ale nie szukasz głównej sprawczyni. Poza tym… – uśmiechnęła się lekko – sprawdziłam twój kod genetyczny. Zgadza się w 100%. – Musiałam mieć niewyraźną minę gdy mówiła o genetyce, bo zaraz dodała: podczas poszukiwań na tak wielką skalę korzysta się z kodu genetycznego by w razie czego porównać go z resztkami ciała. Nie pytaj jak to zrobiliśmy, im mniej wiesz tym lepiej.
– Nie interesowało mnie to.
– Tym lepiej.
– Nie interesuje mnie też przyłączenie się do ruchu oporu.
– Możemy ci pomóc. Pomóc znaleźć znajomych, uwolnić rodziców, ukryć cię przed służbami. Ty możesz też pomóc nam.
– Nie mam zamiaru. Poradzę sobie inaczej.
Spojrzała na mnie pobłażliwie.
– Jakie masz alternatywy? Kiedyś twoje nazwisko miało znaczenie, ale z ludźmi którzy mogliby ci pomóc przez dwa lata nie utrzymywałaś kontaktu. Jak mieliby ci zaufać? Zresztą, jak chcesz sobie poradzić na powierzchni? Nie znasz realiów a służby łatwo cię znajdą.
Wbrew temu co sądziła Helena, miałam alternatywę. Klucze. Miałam klucz do swojego czasu, parę godzin później, jak i tutaj, do tamtego pubu. Nawet jeśli nie dałabym rady powstrzymać następnego zamachu, mogłabym się lepiej przygotować do obecnej sytuacji.
Jej oferta, mimo wszystko, brzmiała przekonująco, ale nie chciałam z niej skorzystać bo od razu założyłam najgorszy wariant – w razie gdy ktoś znowu mnie zdradzi, swoją osobą narażę ruch oporu na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Próbowałam Helenie to wytłumaczyć, ale ona obstawała przy swoim, że z nimi będę bezpieczniejsza. Jej koronnym argumentem był symbiont dzięki któremu będę mogła zmieniać wygląd i który utrudni moją identyfikację genetyczną.
Skapitulowałam.

Zeszłyśmy do piwnic, do pozostałych dwóch par. Drugi facet też przyprowadził jakąś nową dziewczynę. Dziewczyna ginęła w czerni – czarne proste włosy, blada twarz zasłonięta czarnymi okularami, czarne eleganckie ubranie zgodne z obowiązującą modą sprawiały, że wyglądała na przestraszoną i stłamszoną dziewczynę.

Chyba chcieli gdzieś się wybrać, ale nasze przyjście zmieniło ich plany. Helena zabrała całą naszą szóstkę do laboratorium.

To była moja druga wizyta w laboratorium, więc nie zrobiły już na mnie takiego wrażenia wyłaniające się z półmroku rzędy słoi ze ślimakami. Dziewczyny, co oczywiste, były zaskoczone i nawet trochę przestraszone. Chyba nie bardzo wiedziały co i jak z tymi symbiontami. Helena tłumaczyła nam jakie moce mogą nam dać symbionty – między innymi mówiła o telepatii i teleportacji. Miałam być pierwszą z naszej trójki, która „przygarnie symbionta”.

Położyłam się na leżance, zgodnie z sugestią Heleny, ona tymczasem wyjęła tamtego ślimaka, który tak mnie polubił. Kazała mi zdjąć bluzkę by odsłonić brzuch. Zrobiłam tak, ale dopiero gdy panowie się odwrócili. Jestem modelką, ale to nie znaczy, że mam się obnażać na widoku każdego pierwszego lepszego faceta. Ślimak boleśnie wgryzł się w mój brzuch. Chciało mi się krzyczeć z bólu ale zacisnęłam zęby. Czułam na ustach słodki smak swojej krwi. Chwilę potem było już po wszystkim – nie została nawet blizna. Według słów Heleny, ślimak potrafił szybciej zregenerować nasze ciała.

Następnie Helena zaproponowała Ewie – tej szatynce – przygarnięcie symbionta. Dziewczyna nie była zbyt chętna, ale Helena namówiła ją na kontakt z symbiontem przez słoik. A potem stało się to, czego się obawiałam gdy to ja przyłożyłam rękę do słoika. Ślimak zbił słoik i rzucił się na Ewę. Wgryzł się jej w dłoń. Próbowała z nim walczyć, ale to tylko pogorszyło sprawę – ślimak wślizgnął się jej przez gardło.

Powiedzieć, że wszyscy byli w szoku to zbyt mało. Ewa wyklinała Helenę za to, że ją postawiła pod ścianą i nie dała wyboru. Helena przepraszała mówiąc, że po raz pierwszy symbiont tak się zachował. Ogólnie mówiąc, zapanował chaos. Szybko się jednak zrobił jeszcze większy.

Ewa próbowała się stąd wyteleportować – jak wcześniej mówiła Helena teleport to najprostszy sposób wejścia/wyjścia stąd, lepiej nie używać kanałów prowadzących na powierzchnię bo zdarza się, że są zasypywane przez napierające z góry piaski. Tak więc, Ewa próbowała się teleportować, ale jedyne co osiągnęła to zamiana w mgiełkę. Potem działo się coś, co nie bardzo rozumiałam. Ten łysawy poprosił Natalię o pomoc w sprowadzeniu Ewy z powrotem. Gdy Natalia zbliżyła się do słoików ślimaki starały się od niej uciec jak najdalej się da (co z oczywistych względów nie było specjalnie daleko). Potem już nic nie rozumiałam co się działo – Natalia w jakiś sposób przyciągała Ewę. Jak zrozumiałam był to wynik operacji jakiej poddano Natalię by uratować jej życie. Ale o co chodziło z operacją i jakąś nekrotechnologią, którą stosowały służby specjalne, nie bardzo wiedziałam.

Udało im się w końcu sprowadzić Ewę w jakiś sposób, którego w ogóle nie rozumiałam, ale liczył się efekt końcowy. Ewa była nieprzytomna, ale może to i lepiej, a na pewno spokojniej dla nas.

Helena pokazała nam nasze pokoje. Nie było w nich (bo nie podejrzewam, ze tylko w moim) zbyt wiele mebli, jedynie te najpotrzebniejsze – łóżko, szafka nocna, dwa krzesła, stół i szafa, ale najważniejsze że całość była czysta. Jeszcze w nocy wyszłam na miasto. Chciałam je poznać. Zdziwił mnie brak pubów, ale okazało się że piwo sprzedają tu w kawiarniach. Tylko ceny były wyższe – zdecydowanie wyższe – niż 2 lata wcześniej.

1.

Wyszłam w pubie. Już na pierwszy rzut oka było w nim coś dziwnego. Za oświetlenie służyły lampy gazowe. Prawdziwe lampy gazowe, a nie te latarenki wewnątrz których paliły się żarówki. Klienci mieli na sobie tandetne ubrania stylizowane na lata 70. Co gorsza, z głośników leciał wczesny Krawczyk. Gdy szłam w stronę barmana towarzyszyły mi wrogie spojrzenia bywalców. Zignorowałam to, przyzwyczaiłam się do takich rzeczy pracując jako modelka. Barman też jednak był negatywnie nastawiony. Mamrotał coś o tym, że lokal jest „przyzwoity” i że powinnam stąd szybko wyjść, jeśli nie chcę, by wezwał milicję. Milicję, na litość boską! W końcu wyszło czemu są źle nastawieni – nie podobało im się moje ubranie i coś tam mamrotali o demonstracjach. Zupełnie nie rozumiałam co im przeszkadzało w moim ubraniu – byłam przecież całkiem przyzwoicie ubrana – dżinsy, buty na niewysokim obcasie, bluzka z niezbyt dużym dekoltem i rękawem trzy-czwarte. Ale wyszłam, skoro mnie tu nie chcieli.

Gdy zobaczyłam milicję, zareagowałam instynktownie – próbowałam udać się w drugą stronę, ale i tam na moje nieszczęście w zasięgu wzroku pojawili się milicjanci. Na moje szczęście, jakaś życzliwa dusza zdołała mnie wciągnąć do jednej z bram i schowałyśmy się tam. Pierwsze co, to powiedziała to żebym nie krzyczała. Doprawdy, nie miałam zamiaru dopóki nie dowiedziałabym się kim ona jest. Tamci ludzie w pubie wystarczająco mnie nastraszyli bym bała się spotkania z milicją.

Wyglądała na stereotypową feministkę – dżinsy, flanela, brak makijażu. Ona tez coś zaczęła nawijać na temat demonstracji, ale się oburzyła, że wybieram sobie połowicznie rzeczy z jakiejś tam ideologii (czy jakoś tak). W każdym bądź razie chyba miała mi za to, że noszę spodnie i się maluję. Coś tam gadała na temat „albo rybki albo akwarium” ale zupełnie nie rozumiałam o co jej chodzi. Tym bardziej gdy się pytała, co chciałam w ten sposób udowodnić, jakie poglądy zamanifestować. Przez większość czasu patrzyłam się na nią cielęcym wzrokiem, ale pozwoliłam sobie wtrącić, że zakładając spodnie nie muszę wcale rezygnować z ładnego wyglądu. W końcu dała sobie spokój. Ale wtedy znowu pojawili się milicjanci – i co gorsza zmierzali w naszą stronę.

Słyszałam tylko jak ta feministka mamrocze pod nosem jakieś „nie ma nas tu”. I… po chwili rzeczywiście nas nie było. Nie widziałam swojej ręki, i wcale nie dlatego, że było ciemno (aż tak ciemno nie było) ale dlatego, że naprawdę stała się ona przezroczysta. Skoro my się nawet nie widziałyśmy, oni nas tym bardziej. Odeszli gdzieś indziej, a my po chwili wróciłyśmy do normalnego stanu.

– Ty używasz magii? – spytałam głupio. Jakoś to popularne, pomyślałam przypominając sobie tamtego chłopaka.

Wzruszyła ramionami i popędziła mnie mówiąc, że musimy się stąd wydostać. Drogę pokonałyśmy skacząc po dachach. Ale ja wcale nie jestem aż tak wysportowana i w ogóle… Chyba znowu użyła jakiejś magii.

Zabrała mnie (chyba) na jakieś spotkanie koła feministek – przynajmniej tak to z początku wyglądało. Same kobiety były w pokoju, wszystkie w spodniach.

Tu w końcu mniej więcej wytłumaczono mi sytuację. Był rok 2015, czyli 2 lata po moim zniknięciu. W wyniku katastrofy prąd jest rzeczą deficytową. Pojawił się Jezus, albo ktoś podający się za niego. Czyni cuda – wskrzesza zmarłych – więc uznano go za prawdziwego Jezusa. Pojawili się też jego wyznawcy, którzy oględnie rzecz biorąc, przejęli władze w państwie. Później się dowiedziałam, że ich szeregi w dużej mierze składały się też z tamtych niedoszłych zamachowców. Wraz z pojawieniem się „Jezusa” świętojebliwi (inaczej Jezusowi) zaczęli wcielać w życie plan odbudowy moralnej polskiego społeczeństwa. Jednym słowem, zaczęli robić wszystko by cofnąć Polskę do czasów średniowiecza. Kobiety nie mogły nosić spodni, w ogóle to by było najlepiej jakby tylko zajmowały się domem, dziećmi (gromadką, oczywiście) i nie pracowały. Zresztą, pracy coraz mniej pracy było dla kobiet. Ci, którzy się z nimi nie zgadzali byli heretykami, inaczej „Żydami”. Obozy pracy, a w najlepszym przypadku więzienie było karą za herezje. A te kobiety, jak się okazało, były ruchem oporu.

Chciały, bym się przyłączyła. Ja z kolei chciałam się najpierw dowiedzieć co się stało gdy zniknęłam (co im powiedziałam, mniej więcej) i czy to na pewno mój świat (czego im już nie powiedziałam). Jedna z nich zrobiła coś dziwnego – na jej życzenie podałam jej rękę, a ona mnie zmieniła w krwistą mgiełkę. Na moje szczęście to była „tylko” teleportacja – zrobiłyśmy przeskok do jakiegoś podziemia. Pojawiła się kolejna kobieta. Ona z kolei się nawet przedstawiła – miała na imię Helena, nazwisko zaczynało się jakoś na „K”. Była moim przewodnikiem po Shangri La, podziemnym maleńkim miasteczku (czym bowiem jest najwyżej stutysięczne miasteczko względem dwumi… nie, półtoramilionowej najwyżej metropolii).

Helena zaprowadziła mnie do Archiwum. Tamtejsza bibliotekarka przyniosła mi materiały dotyczące historii sprzed dwóch lat. Dowiedziałam się co stało się później, kto mnie wydał – jedna osoba spośród tych, które dostały ode mnie paczkę, na szczęście napisali wyraźnie i nicka i nazwisko. Dowiedziałam się też, że poza mną zaginęły dwie osoby, dwóch mężczyzn. Ich imiona i nazwiska również zostały upublicznione, starano się znaleźć ich ślad bo nikt nie był pewien czy i ich nie dopadły służby specjalne. Jeden później został odnaleziony w obozie, drugi zniknął na dobre. Oczywiście moje dane i zdjęcie też były upublicznione. Zaczęłam się zastanawiać czy kobiety z ruchu wiedziały kim jestem.

Starałam się przyjrzeć Helenie, zaobserwować jej reakcje – czy wie kim jestem, ale trudno ją było rozgryźć. Zaprowadziła mnie do laboratorium gdzie znajdowało się źródło ich mocy, jak to wyjaśniła. Owym źródłem były jakieś ślimaki morskie (prawdę mówiąc to wyglądały jak jakieś robaki), trzymane w słoikach. Helena poprosiła, żebym przyłożyła rękę do jednego ze słoików. Przyłożyłam. Szybko ją jednak oderwałam, bo wystraszyłam się gdy „robak” zaczął dobijać się do krawędzi słoika.

– Nie bój się. To tylko ślimak – nie przebije słoika. To tylko oznaka tego, że cię polubił.

– Ja jego nie. – stwierdziłam kwaśno.

Zaciekawiło ją gdzie mieszkam. Gdy odparłam, że nie mam gdzie nocować (w szczegóły nie wnikałam) zaprosiła mnie do siebie. Nie wycofała się z zaproszenia nawet mimo tego, że chwilę później dosyć brutalnie wyśmiałam pomysł przyłączenia się do ich ruchu oporu. Usłyszałam jeszcze jak bardzo ją zawiodłam, ale wzruszyłam tylko ramionami – była dla mnie obcą osobą.

Mieszkanie dzieliła ze współlokatorami, ale akurat miałam szczęście – nie było ich. Zapewniona o tym, że nikt mi się nie właduję do łazienki, skorzystałam z prysznica. Gdy skończyłam, zauważyłam przyglądającego mi się tego „tajemniczego nieznajomego”. Zaraz też potwierdził, że przyglądał mi się jak brałam prysznic, i pogratulował pięknego i zgrabnego ciała. Miałam ochotę go zamordować, ale nie miałam nic dobrego – i swojego – pod ręką. Zaczął protestować, gdy owinęłam się ręcznikiem, „w końcu i tak już wszystko widział” ale zignorowałam go.

Nie czekając aż zdecyduje się powiedzieć po co przyszedł, od razu zadałam mu kilka pytań. Pierwsze i najważniejsze – gdzie ja w ogóle jestem.

– To świat alternatywny? – uśmiechnął się z zadowoleniem na moje stwierdzenie. Bardziej mu się podobało niż „wymiar równoległy”.

– Powiedzmy. Jedna z możliwych przyszłości życia, które znasz.

– Aha. – sama nie bardzo wiedziałam co to dla mnie oznacza. Nie wiedziałam nadal, czy mieszać się w ich sprawy czy nie.

– Inne możliwości mogły być lepsze lub gorsze.

– Wiesz co z moimi rodzicami?

– Siedzą w obozie.

– Za co?

– Za to, że cię szukali… za to, że jesteś ich córką.

Zacisnęłam pięści w geście bezsilności.

– Chcę wrócić do swojej rzeczywistości. Nie chcę być tutaj. To miejsce jest chore.

– Poproszę o zwrot tamtego kluczyka.

– Został w drzwiach. – skłamałam.

– Szkoda. – westchnął ciężko, ale wyjął jeden ze swoich kluczy i wręczył mi go. – Zawiodłem się na tobie.

– Nie jesteś pierwszym, który mi to mówi.

– Trudno, będę musiał znaleźć inny sposób.

Jeśli w ten sposób próbował wytworzyć u mnie poczucie winy, nie udało mu się to. Szczerze mówiąc, sama nie wiedziałam jeszcze co mam zamiar zrobić… ale posiadanie klucza z powrotem do swojego czasu było kuszącą opcją. Zwłaszcza, że mniej więcej mogłam już się domyślać, co się stanie.

– Nie martw się, pojawisz się kilka godzin później. Na tyle późno, by przestali cię szukać. Cóż, powodzenia.

– Tobie również.

Wyszedł. Czy miał tu sprawy do załatwienia, czy skoczył gdzieś indziej – Bóg tylko raczy wiedzieć. Ubrałam się i wyszłam z łazienki. Nie skorzystałam z tego kluczyka. Jeszcze nie.

Znalazłam się w zupełnie innym miejscu. Rozejrzałam się, czarne ściany na których malowniczo zwisały łańcuchy, klientela w skórzanych strojach – wyglądało to na klub s&m. W którym właśnie ktoś przeprowadzał aukcję niewolników. Chciałam stąd wyjść – mogłoby być niebezpiecznie dla mnie – w swoim stroju zdecydowanie nie wyglądałam na bywalczynię takich miejsc. W swoim stroju… którego nie miałam… za to byłam ubrana w skórzaną sukienkę i buty na wysokich obcasach. Nie wiadomo skąd miałam ze sobą torebkę. A w niej… platynową kartę. Owszem, sporo zarabiałam jako modelka, ale z różnych powodów nie miałam ani srebrnej ani złotej karty. Nie mówiąc już o platynowej czy czarnej. Tym bardziej jej obecność w mojej torebce była dziwna.

Rzuciłam okiem po raz ostatni na scenę, potem się odwróciłam i zrobiłam parę kroków szukając wyjścia. Coś mi się nie zgadzało, więc zerknęłam raz jeszcze. Na scenie pojawił się mój „tajemniczy nieznajomy” – „odziany” jedynie w skuwające go łańcuchy. Właśnie trwała o niego licytacja. Walnęłam z głupia frant kwotę dziesięciu tysięcy. Później, gdy szłam po odbiór swojej wygranej, prowadzącą zwróciła mi uwagę, że maksymalną kwotą miał być tysiąc złotych. Było mi wszystko jedno, musiałam z nim pogadać. Na osobności.

Skorzystaliśmy z jednego z klubowych pokojów. Pokój, cóż, zdecydowanie nie był przeznaczony do prowadzenia rozmów, chociażby ze względu na królewskie łoże zajmujące chyba z pół pokoju. Z boku były jakieś drzwi, prawdopodobnie do łazienki.

– Co ty tu robisz? – spytał się mnie.

– Dobre pytanie. – odpowiedziałam kwaśno. – Nie używałam żadnego kluczyka.

Roześmiał się.

– Musiałaś przejść przez moje przejście. Tak się czasem zdarza.

– A te stroje…? I ta platynowa karta?

– To zmiany, które zrobiłem dla siebie. Nie ciesz się, zmieniać rzeczywistość można tylko podczas przechodzenia.

– Który w ogóle mamy rok? I czemu sprzedają niewolników?

Znowu się roześmiał.

– To aukcja charytatywna. A rok jest – spojrzał na zegarek – 2012.

– Aha. – zastanowiłam się chwilę. – Czyli jesteś moją zabawką na dzisiejszą noc?

Potaknął.

– Kupiłaś mnie, więc jestem. Za co ci bardzo dziękuję. Już się bałem, tam licytowali też faceci! Nie tak to miało wyglądać. – westchnął załamany. Widząc moje pytające spojrzenie powiedział, że kumpel wpuścił go w maliny.

Uśmiechnęłam się złośliwie. Miałam możliwość wziąć odwet za to podglądanie mnie w łazience. Kazałam mu się obrócić parokrotnie. Wolno. Łańcuchy brzękały przy każdym kroku.

Rozkułam go. I zażyczyłam sobie, by udowodnił że był wart tego tysiąca. Był całkiem chętny. Jak każdy facet. Faceci zawsze byli bardzo chętni do wskakiwania do mojego łóżka. Musiałam przyznać, że ten był naprawdę niezły. Pozwoliłam mu się rozebrać. Obsypał mnie całą pocałunkami. Od stóp do głowy. Dosłownie. Nachyliłam się i pocałowałam go. Po raz kolejny udowodnił, że całuje świetnie. Odsunęłam się trochę. Spojrzał się zdziwiony na mnie. Wstałam z łóżka. Patrzył się na mnie żałośnie. Znaczy, starał się wyglądać na zniecierpliwionego, ale jak inaczej mógłby czuć się facet, któremu stoi a dziewczyna przerywa zabawę w połowie?

Po raz kolejny w dzisiejszym dniu skorzystałam z prysznica. On tymczasem gdzieś wyszedł. Wrócił, ale w międzyczasie zdążyłam się ubrać. On też miał skórzane wdzianko. Rzut oka na jego krocze wystarczył, by wiedzieć, że jeszcze mu nie przeszła ochota na seks ze mną.

– Wracajmy.

Wróciliśmy… do roku 2015. Przez głowę przebiegła mi myśl, co Helena sądziła w kwestii mojego długiego korzystania z łazienki. Na moje szczęście, nie poruszyła w ogóle tego tematu.

Pozwoliła mi skorzystać z internetu. Ba, nawet dała mi adres jakiegoś „żydowskiego” czatu. I niestety… zaglądała mi przez ramię. Widziała, że szukam Arxa, tego mojego zaginionego wspólnika. Zaczęła na głos komentować, że nie szukam „siebie” – Księżniczki – osoby, która zaczęła cały ten zamęt z upublicznianiem informacji. Próbowałam ją zbyć tym, że Arxa pewnie da się łatwiej znaleźć… albo że wydaje mi się, że Księżniczka już dawno nie żyje. Bezskutecznie. Nie wiem co bardziej mnie irytowało – jej niezbita pewność siebie czy fakt, że tak łatwo dało się mnie rozpracować.

Na czacie zaś… nie chcieli ze mną zbytnio gadać, ani tym bardziej przy mnie. Na pocieszenie Helena rzuciła mi, że będzie za mnie ręczyć. Za powód podała: „Bo nie jesteś agentem rządowym. Sprawdziłam to.”.

Westchnęłam ciężko. Zapowiadały się dla mnie kiepskie czasy.

Prolog

Plik był zabezpieczony banalnym hasłem – ledwie sześcioma „x” zamiast imienia nadawcy maila. Załącznik skrywał skany planów przeprowadzenia zamachu stanu przez… jednostki specjalne! Skąd miał je nadawca, Bóg raczy wiedzieć. Kilka dni wcześniej zapowiadał, że jest w posiadaniu dokumentów, które mogłyby wstrząsnąć Unią Europejską. Tak, to co dostałam z pewnością można było zaliczyć do tej kategorii.

Wiedziałam, że muszę to upublicznić. To mogła być prawda… Przy odpowiednim nagłośnieniu nie będą mogli odkręcić sprawy. Jeśli to rzeczywiście była prawda… Rozesłałam to po odpowiednich ludziach, z sugestią w stylu „wiecie co robić”. Zachowałam przy tym maksimum ostrożności i środków bezpieczeństwa. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.

Upublicznienie skanów wywołało falę aresztowań, głównie osób, których nazwiska figurowały w dokumentach. Moje życie zaś toczyło się normalnym torem – dom, uczelnia, dom. Przynajmniej do momentu w którym spotkałam jego… Ale od początku.

To było jakieś trzy dni po publikacji. Siedziałam w uczelnianej pracowni komputerowej, gdy nagle poczułam, że zrobiło się jakoś pusto wokół mnie. Zerknęłam w prawo, w lewo – wcześniej siedziało tu parę osób. Teraz cały rząd tuż pod oknem nagle się wyludnił. Ale to nie koniec. Dosłownie czułam czyjś wzrok skupiony na moich plecach. Starałam się powstrzymać ciarki, w myślach kazałam sama sobie się uspokoić.

Spojrzałam na zegarek, jeszcze było trochę czasu przed następnym wykładem. To zapowiadało tylko kłopoty. Rzuciłam okiem na zegar ścienny, jakbym chciała się upewnić która godzina. Wisiał na ścianie na lewo ode mnie, więc sprawdzając godzinę, kątem oka dostrzegłam mężczyznę stojącego w drzwiach, jakieś trzy metry ode mnie. Pospiesznie wyłączyłam komputer i zaczęłam się zbierać, mamrocząc pod nosem (ale na tyle wyraźnie by on usłyszał) coś o spóźnieniu się na wykłady.

Zatrzymał mnie w drzwiach, zresztą tego się spodziewałam. Ale tego co powiedział – zupełnie nie.

– Jeśli teraz wyjdziesz, za dwadzieścia minut będziesz martwa, a oni upozorują samobójstwo.
Próbowałam go zbyć, ale się nie dał.
– Siły specjalne cię namierzyły. Upozorują samobójstwo, spreparują dowody na to, że sfabrykowałaś cały ten plan zamachu i ukręcą łeb sprawie.
Westchnęłam ciężko. Wiedział kim jestem i co zrobiłam, więc pewnie służby tym bardziej wiedziały. Sprawa nie przedstawiała się najlepiej –  moje szanse przeżycia były bliskie zeru… jeśli mówił prawdę (ale nie bardzo miałam ochotę to sprawdzać) i jeśli nie skorzystałabym z jego oferty. Nie wątpiłam, że miał dla mnie jakąś propozycję wyciągnięcia mnie z tego bagna. Inaczej by tu nie przyszedł.

Istotnie, miał. Zaoferował mi pomoc w zniknięciu i szansę na przeżycie. Miałam zniknąć – powstała by plotka że siły specjalne próbowały się mnie pozbyć – albo nawet to zrobiły… Tymczasem, ja miałam mu w czymś pomóc. W czym, nie chciał powiedzieć – jak sam twierdził, na podstawie symulacji doszedł do wniosku, że gdyby mi powiedział to jakbym się starała zbyt mocno, to mogłoby obrócić się w fiasko, ale jeśli by mi nie powiedział, jest szansa, że „przy okazji” zrobiłabym to o co mu chodzi.

Zgodziłam się, zresztą nie miałam bardzo wyjścia. Dał mi jakiś kluczyk. Przestrzegł, że wyjdę w innym miejscu – zrozumiałam, że w świecie równoległym, ale on się obruszył na taką nazwę.

Po jego wyjściu zrobiłam to, co mi powiedział: po prostu przekręciłam kluczyk w drzwiach sali i przeszłam. Kluczyk wyjęłam, oczywiście, i zamknęłam za sobą drzwi. Odgłos zamykanych drzwi wydał mi się nagle przerażający.