1.


Wyszłam w pubie. Już na pierwszy rzut oka było w nim coś dziwnego. Za oświetlenie służyły lampy gazowe. Prawdziwe lampy gazowe, a nie te latarenki wewnątrz których paliły się żarówki. Klienci mieli na sobie tandetne ubrania stylizowane na lata 70. Co gorsza, z głośników leciał wczesny Krawczyk. Gdy szłam w stronę barmana towarzyszyły mi wrogie spojrzenia bywalców. Zignorowałam to, przyzwyczaiłam się do takich rzeczy pracując jako modelka. Barman też jednak był negatywnie nastawiony. Mamrotał coś o tym, że lokal jest „przyzwoity” i że powinnam stąd szybko wyjść, jeśli nie chcę, by wezwał milicję. Milicję, na litość boską! W końcu wyszło czemu są źle nastawieni – nie podobało im się moje ubranie i coś tam mamrotali o demonstracjach. Zupełnie nie rozumiałam co im przeszkadzało w moim ubraniu – byłam przecież całkiem przyzwoicie ubrana – dżinsy, buty na niewysokim obcasie, bluzka z niezbyt dużym dekoltem i rękawem trzy-czwarte. Ale wyszłam, skoro mnie tu nie chcieli.

Gdy zobaczyłam milicję, zareagowałam instynktownie – próbowałam udać się w drugą stronę, ale i tam na moje nieszczęście w zasięgu wzroku pojawili się milicjanci. Na moje szczęście, jakaś życzliwa dusza zdołała mnie wciągnąć do jednej z bram i schowałyśmy się tam. Pierwsze co, to powiedziała to żebym nie krzyczała. Doprawdy, nie miałam zamiaru dopóki nie dowiedziałabym się kim ona jest. Tamci ludzie w pubie wystarczająco mnie nastraszyli bym bała się spotkania z milicją.

Wyglądała na stereotypową feministkę – dżinsy, flanela, brak makijażu. Ona tez coś zaczęła nawijać na temat demonstracji, ale się oburzyła, że wybieram sobie połowicznie rzeczy z jakiejś tam ideologii (czy jakoś tak). W każdym bądź razie chyba miała mi za to, że noszę spodnie i się maluję. Coś tam gadała na temat „albo rybki albo akwarium” ale zupełnie nie rozumiałam o co jej chodzi. Tym bardziej gdy się pytała, co chciałam w ten sposób udowodnić, jakie poglądy zamanifestować. Przez większość czasu patrzyłam się na nią cielęcym wzrokiem, ale pozwoliłam sobie wtrącić, że zakładając spodnie nie muszę wcale rezygnować z ładnego wyglądu. W końcu dała sobie spokój. Ale wtedy znowu pojawili się milicjanci – i co gorsza zmierzali w naszą stronę.

Słyszałam tylko jak ta feministka mamrocze pod nosem jakieś „nie ma nas tu”. I… po chwili rzeczywiście nas nie było. Nie widziałam swojej ręki, i wcale nie dlatego, że było ciemno (aż tak ciemno nie było) ale dlatego, że naprawdę stała się ona przezroczysta. Skoro my się nawet nie widziałyśmy, oni nas tym bardziej. Odeszli gdzieś indziej, a my po chwili wróciłyśmy do normalnego stanu.

– Ty używasz magii? – spytałam głupio. Jakoś to popularne, pomyślałam przypominając sobie tamtego chłopaka.

Wzruszyła ramionami i popędziła mnie mówiąc, że musimy się stąd wydostać. Drogę pokonałyśmy skacząc po dachach. Ale ja wcale nie jestem aż tak wysportowana i w ogóle… Chyba znowu użyła jakiejś magii.

Zabrała mnie (chyba) na jakieś spotkanie koła feministek – przynajmniej tak to z początku wyglądało. Same kobiety były w pokoju, wszystkie w spodniach.

Tu w końcu mniej więcej wytłumaczono mi sytuację. Był rok 2015, czyli 2 lata po moim zniknięciu. W wyniku katastrofy prąd jest rzeczą deficytową. Pojawił się Jezus, albo ktoś podający się za niego. Czyni cuda – wskrzesza zmarłych – więc uznano go za prawdziwego Jezusa. Pojawili się też jego wyznawcy, którzy oględnie rzecz biorąc, przejęli władze w państwie. Później się dowiedziałam, że ich szeregi w dużej mierze składały się też z tamtych niedoszłych zamachowców. Wraz z pojawieniem się „Jezusa” świętojebliwi (inaczej Jezusowi) zaczęli wcielać w życie plan odbudowy moralnej polskiego społeczeństwa. Jednym słowem, zaczęli robić wszystko by cofnąć Polskę do czasów średniowiecza. Kobiety nie mogły nosić spodni, w ogóle to by było najlepiej jakby tylko zajmowały się domem, dziećmi (gromadką, oczywiście) i nie pracowały. Zresztą, pracy coraz mniej pracy było dla kobiet. Ci, którzy się z nimi nie zgadzali byli heretykami, inaczej „Żydami”. Obozy pracy, a w najlepszym przypadku więzienie było karą za herezje. A te kobiety, jak się okazało, były ruchem oporu.

Chciały, bym się przyłączyła. Ja z kolei chciałam się najpierw dowiedzieć co się stało gdy zniknęłam (co im powiedziałam, mniej więcej) i czy to na pewno mój świat (czego im już nie powiedziałam). Jedna z nich zrobiła coś dziwnego – na jej życzenie podałam jej rękę, a ona mnie zmieniła w krwistą mgiełkę. Na moje szczęście to była „tylko” teleportacja – zrobiłyśmy przeskok do jakiegoś podziemia. Pojawiła się kolejna kobieta. Ona z kolei się nawet przedstawiła – miała na imię Helena, nazwisko zaczynało się jakoś na „K”. Była moim przewodnikiem po Shangri La, podziemnym maleńkim miasteczku (czym bowiem jest najwyżej stutysięczne miasteczko względem dwumi… nie, półtoramilionowej najwyżej metropolii).

Helena zaprowadziła mnie do Archiwum. Tamtejsza bibliotekarka przyniosła mi materiały dotyczące historii sprzed dwóch lat. Dowiedziałam się co stało się później, kto mnie wydał – jedna osoba spośród tych, które dostały ode mnie paczkę, na szczęście napisali wyraźnie i nicka i nazwisko. Dowiedziałam się też, że poza mną zaginęły dwie osoby, dwóch mężczyzn. Ich imiona i nazwiska również zostały upublicznione, starano się znaleźć ich ślad bo nikt nie był pewien czy i ich nie dopadły służby specjalne. Jeden później został odnaleziony w obozie, drugi zniknął na dobre. Oczywiście moje dane i zdjęcie też były upublicznione. Zaczęłam się zastanawiać czy kobiety z ruchu wiedziały kim jestem.

Starałam się przyjrzeć Helenie, zaobserwować jej reakcje – czy wie kim jestem, ale trudno ją było rozgryźć. Zaprowadziła mnie do laboratorium gdzie znajdowało się źródło ich mocy, jak to wyjaśniła. Owym źródłem były jakieś ślimaki morskie (prawdę mówiąc to wyglądały jak jakieś robaki), trzymane w słoikach. Helena poprosiła, żebym przyłożyła rękę do jednego ze słoików. Przyłożyłam. Szybko ją jednak oderwałam, bo wystraszyłam się gdy „robak” zaczął dobijać się do krawędzi słoika.

– Nie bój się. To tylko ślimak – nie przebije słoika. To tylko oznaka tego, że cię polubił.

– Ja jego nie. – stwierdziłam kwaśno.

Zaciekawiło ją gdzie mieszkam. Gdy odparłam, że nie mam gdzie nocować (w szczegóły nie wnikałam) zaprosiła mnie do siebie. Nie wycofała się z zaproszenia nawet mimo tego, że chwilę później dosyć brutalnie wyśmiałam pomysł przyłączenia się do ich ruchu oporu. Usłyszałam jeszcze jak bardzo ją zawiodłam, ale wzruszyłam tylko ramionami – była dla mnie obcą osobą.

Mieszkanie dzieliła ze współlokatorami, ale akurat miałam szczęście – nie było ich. Zapewniona o tym, że nikt mi się nie właduję do łazienki, skorzystałam z prysznica. Gdy skończyłam, zauważyłam przyglądającego mi się tego „tajemniczego nieznajomego”. Zaraz też potwierdził, że przyglądał mi się jak brałam prysznic, i pogratulował pięknego i zgrabnego ciała. Miałam ochotę go zamordować, ale nie miałam nic dobrego – i swojego – pod ręką. Zaczął protestować, gdy owinęłam się ręcznikiem, „w końcu i tak już wszystko widział” ale zignorowałam go.

Nie czekając aż zdecyduje się powiedzieć po co przyszedł, od razu zadałam mu kilka pytań. Pierwsze i najważniejsze – gdzie ja w ogóle jestem.

– To świat alternatywny? – uśmiechnął się z zadowoleniem na moje stwierdzenie. Bardziej mu się podobało niż „wymiar równoległy”.

– Powiedzmy. Jedna z możliwych przyszłości życia, które znasz.

– Aha. – sama nie bardzo wiedziałam co to dla mnie oznacza. Nie wiedziałam nadal, czy mieszać się w ich sprawy czy nie.

– Inne możliwości mogły być lepsze lub gorsze.

– Wiesz co z moimi rodzicami?

– Siedzą w obozie.

– Za co?

– Za to, że cię szukali… za to, że jesteś ich córką.

Zacisnęłam pięści w geście bezsilności.

– Chcę wrócić do swojej rzeczywistości. Nie chcę być tutaj. To miejsce jest chore.

– Poproszę o zwrot tamtego kluczyka.

– Został w drzwiach. – skłamałam.

– Szkoda. – westchnął ciężko, ale wyjął jeden ze swoich kluczy i wręczył mi go. – Zawiodłem się na tobie.

– Nie jesteś pierwszym, który mi to mówi.

– Trudno, będę musiał znaleźć inny sposób.

Jeśli w ten sposób próbował wytworzyć u mnie poczucie winy, nie udało mu się to. Szczerze mówiąc, sama nie wiedziałam jeszcze co mam zamiar zrobić… ale posiadanie klucza z powrotem do swojego czasu było kuszącą opcją. Zwłaszcza, że mniej więcej mogłam już się domyślać, co się stanie.

– Nie martw się, pojawisz się kilka godzin później. Na tyle późno, by przestali cię szukać. Cóż, powodzenia.

– Tobie również.

Wyszedł. Czy miał tu sprawy do załatwienia, czy skoczył gdzieś indziej – Bóg tylko raczy wiedzieć. Ubrałam się i wyszłam z łazienki. Nie skorzystałam z tego kluczyka. Jeszcze nie.

Znalazłam się w zupełnie innym miejscu. Rozejrzałam się, czarne ściany na których malowniczo zwisały łańcuchy, klientela w skórzanych strojach – wyglądało to na klub s&m. W którym właśnie ktoś przeprowadzał aukcję niewolników. Chciałam stąd wyjść – mogłoby być niebezpiecznie dla mnie – w swoim stroju zdecydowanie nie wyglądałam na bywalczynię takich miejsc. W swoim stroju… którego nie miałam… za to byłam ubrana w skórzaną sukienkę i buty na wysokich obcasach. Nie wiadomo skąd miałam ze sobą torebkę. A w niej… platynową kartę. Owszem, sporo zarabiałam jako modelka, ale z różnych powodów nie miałam ani srebrnej ani złotej karty. Nie mówiąc już o platynowej czy czarnej. Tym bardziej jej obecność w mojej torebce była dziwna.

Rzuciłam okiem po raz ostatni na scenę, potem się odwróciłam i zrobiłam parę kroków szukając wyjścia. Coś mi się nie zgadzało, więc zerknęłam raz jeszcze. Na scenie pojawił się mój „tajemniczy nieznajomy” – „odziany” jedynie w skuwające go łańcuchy. Właśnie trwała o niego licytacja. Walnęłam z głupia frant kwotę dziesięciu tysięcy. Później, gdy szłam po odbiór swojej wygranej, prowadzącą zwróciła mi uwagę, że maksymalną kwotą miał być tysiąc złotych. Było mi wszystko jedno, musiałam z nim pogadać. Na osobności.

Skorzystaliśmy z jednego z klubowych pokojów. Pokój, cóż, zdecydowanie nie był przeznaczony do prowadzenia rozmów, chociażby ze względu na królewskie łoże zajmujące chyba z pół pokoju. Z boku były jakieś drzwi, prawdopodobnie do łazienki.

– Co ty tu robisz? – spytał się mnie.

– Dobre pytanie. – odpowiedziałam kwaśno. – Nie używałam żadnego kluczyka.

Roześmiał się.

– Musiałaś przejść przez moje przejście. Tak się czasem zdarza.

– A te stroje…? I ta platynowa karta?

– To zmiany, które zrobiłem dla siebie. Nie ciesz się, zmieniać rzeczywistość można tylko podczas przechodzenia.

– Który w ogóle mamy rok? I czemu sprzedają niewolników?

Znowu się roześmiał.

– To aukcja charytatywna. A rok jest – spojrzał na zegarek – 2012.

– Aha. – zastanowiłam się chwilę. – Czyli jesteś moją zabawką na dzisiejszą noc?

Potaknął.

– Kupiłaś mnie, więc jestem. Za co ci bardzo dziękuję. Już się bałem, tam licytowali też faceci! Nie tak to miało wyglądać. – westchnął załamany. Widząc moje pytające spojrzenie powiedział, że kumpel wpuścił go w maliny.

Uśmiechnęłam się złośliwie. Miałam możliwość wziąć odwet za to podglądanie mnie w łazience. Kazałam mu się obrócić parokrotnie. Wolno. Łańcuchy brzękały przy każdym kroku.

Rozkułam go. I zażyczyłam sobie, by udowodnił że był wart tego tysiąca. Był całkiem chętny. Jak każdy facet. Faceci zawsze byli bardzo chętni do wskakiwania do mojego łóżka. Musiałam przyznać, że ten był naprawdę niezły. Pozwoliłam mu się rozebrać. Obsypał mnie całą pocałunkami. Od stóp do głowy. Dosłownie. Nachyliłam się i pocałowałam go. Po raz kolejny udowodnił, że całuje świetnie. Odsunęłam się trochę. Spojrzał się zdziwiony na mnie. Wstałam z łóżka. Patrzył się na mnie żałośnie. Znaczy, starał się wyglądać na zniecierpliwionego, ale jak inaczej mógłby czuć się facet, któremu stoi a dziewczyna przerywa zabawę w połowie?

Po raz kolejny w dzisiejszym dniu skorzystałam z prysznica. On tymczasem gdzieś wyszedł. Wrócił, ale w międzyczasie zdążyłam się ubrać. On też miał skórzane wdzianko. Rzut oka na jego krocze wystarczył, by wiedzieć, że jeszcze mu nie przeszła ochota na seks ze mną.

– Wracajmy.

Wróciliśmy… do roku 2015. Przez głowę przebiegła mi myśl, co Helena sądziła w kwestii mojego długiego korzystania z łazienki. Na moje szczęście, nie poruszyła w ogóle tego tematu.

Pozwoliła mi skorzystać z internetu. Ba, nawet dała mi adres jakiegoś „żydowskiego” czatu. I niestety… zaglądała mi przez ramię. Widziała, że szukam Arxa, tego mojego zaginionego wspólnika. Zaczęła na głos komentować, że nie szukam „siebie” – Księżniczki – osoby, która zaczęła cały ten zamęt z upublicznianiem informacji. Próbowałam ją zbyć tym, że Arxa pewnie da się łatwiej znaleźć… albo że wydaje mi się, że Księżniczka już dawno nie żyje. Bezskutecznie. Nie wiem co bardziej mnie irytowało – jej niezbita pewność siebie czy fakt, że tak łatwo dało się mnie rozpracować.

Na czacie zaś… nie chcieli ze mną zbytnio gadać, ani tym bardziej przy mnie. Na pocieszenie Helena rzuciła mi, że będzie za mnie ręczyć. Za powód podała: „Bo nie jesteś agentem rządowym. Sprawdziłam to.”.

Westchnęłam ciężko. Zapowiadały się dla mnie kiepskie czasy.

Reklamy
    • Kochia
    • Styczeń 13th, 2011

    Ten rozdział mi się nie podoba. Chaos i minimalizm… Taki słowny.
    Ale za to ładny szablon 🙂

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: